Idźmy do Józefa

„Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga” (Ef 2, 8). Jak właściwie zrozumieć wiarę, która jest łaską? Czy nie stanowi to łatwego usprawiedliwienia dla niewierzących, bo nie otrzymali łaski? Jak jest z tą łaską i powołaniem do bycia wierzącym?

Św. Paweł mówi, że łaską jesteśmy zbawieni przez wiarę, która jest darem Boga. Co jednak w naszym życiu nie jest Jego darem? Adresatami listów Pawła byli dojrzali ludzie, wyrośli w świecie bardzo religijnym. Ich świadomość własnej niewystarczalności w obliczu przyrody, własnego życia i namiętności wydaje się być o wiele większa od naszej. Znali pragnienie Boga wpisane w serce człowieka przez sam fakt stworzenia przez Niego i dla Niego. Bóg i dziś nie przestaje przyciągać człowieka do siebie, by mógł w Nim znaleźć prawdę i szczęście. Skoro sam fakt stworzenia nas przez Boga z miłości jest łaską, (jakże często jeśli nie odrzucaną, to przynajmniej ignorowaną), to tym bardziej łaską jest wiara, owo zaproszenie do osobistej relacji z Bogiem, dla którego istnieję ponieważ On stworzył mnie z miłości i wciąż z miłości zachowuje. Wierzę wtedy, gdy dobrowolnie uznaję ową miłość i powierzam się swemu Stwórcy ufając Jego dobroci – właśnie to ziarno zostało w nas zasiane na chrzcie świętym. Ziarno jednak, wedle praw jakie Bóg przeznaczył ziarnu, nie wykiełkuje i nie wzrośnie bez odpowiednich zabiegów pielęgnacyjnych. Samo szukanie przyczyn, dlaczego nie chcę pielęgnować w sobie ziarna wiary to krok by wejść w jej światło, która dla zmysłów jest tajemnicą, ciemnością czy, wedle wyrażenia Św. Jana od Krzyża, nocą.

Zbawienie, o którym Paweł mówi Efezjanom, dotyczy bezpośredniej interwencji samego Boga wobec człowieka, którego Bóg tak ukochał, że dał swego Jednorodzonego Syna, aby go zbawił. Ta interwencja wyrasta z Jego miłosierdzia, z Jego miłosiernej miłości, bo będąc bogaty w miłosierdzie chce podarować nam nowe życie, które przez grzech pierwszych rodziców straciliśmy i którego sami sobie nie możemy dać, życie, które jest uczestniczeniem w Jego wewnętrznym, wiekuistym, pełnym szczęścia istnieniu.

Jednym z zabiegów pielęgnacyjnych dla ziarna wiary jest pogłębianie rozumienia pojęć, którymi na co dzień operujemy. Zbawił czyli ocalił. Ocalił od czego? Wydaje mi się, że nasz hipotetyczny niewierzący nie będzie się z nikim spierał o jakąś łaskę, która do niczego nie jest mu potrzebna, póki nie dotknie czy choćby nie zapragnie dotknąć owoców tej tajemnicy widząc przykład ludzi szczęśliwych w wierze, których nie omijają przecież trudne koleje losu. Św. Teresa od Jezusa opisując swoje życie powiedziała: „Pragnęłam żyć gdyż nie żyłam, a jedynie zmagałam się z cieniem śmierci, nie było nikogo kto by dał mi życie, sama wziąć go sobie nie mogłam”. Wiara Teresy towarzyszyła doświadczeniu, pod którym nietrudno chyba podpisać się każdemu, kto dotknął nieodłącznego od ludzkiej egzystencji bólu, bezsensu i absurdu związanego ze złem czy to we własnym wnętrzu, czy też na zewnątrz, w tak zwanym świecie. Św. Teresa doskonale wiedziała, że wszystko w jej życiu było łaską. Bóg w Chrystusie odpuścił jej wszystkie grzechy, a nie były to dla niej pobożne formuły. Nie policzył upadków, nie potraktował jej jak na to zasługiwała, ale łaskawie przebaczył obdarzając bezmiarem swej czułości i bliskości. Nowy człowiek, którego w sobie mogła doświadczyć, narodził się z Ducha przez wiarę, która jest darem Boga. Przeżyła jakby drugie narodzenie. „Pan ode mnie samej mnie uwolnił, teraz to On żyje we mnie, pragnął bym była czysta i samotna, z wielką miłością zwrócił mnie ku Sobie”.

 

Współcześnie obok skrajnego ateizmu, popularna jest postawa „wierzącego niepraktykującego”, który uważa, że można Boga spotkać w lesie, a nie w Kościele, a utrzymywanie z Nim relacji jest możliwe bez pośrednictwa duchownych? Dokąd może zaprowadzić człowieka takie przekonanie?

Św. Jan od Krzyża w „Pieśni duchowej”  kreśli obraz Oblubieńca, który w świecie przyrody zostawia swoje ślady, aby oblubienica po tych śladach mogła Go odnaleźć. Świat z jego niewysłowionym pięknem, jest jakby oblubieńczą komnatą i jest nam dany, abyśmy odnaleźli w nim ślady miłości i obecności Oblubieńca. Jeśli tak podchodzimy do naszych poszukiwań Boga, to z pewnością Go znajdziemy, pozostawione ślady doprowadzą nas do Pana. A że nie jest to oczywiste świadczy tekst ze starotestamentalnej Księgi Mądrości: „Głupi z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy”. (Mdr 13,1).

„Wierzący niepraktykujący” jest według mnie terminem bardzo wieloznacznym, ale w przypadku człowieka ochrzczonego wysoce niebezpiecznym. Każdy człowiek, niezależnie od przekonań religijnych czy ich braku, w sensie dosłownym praktykuje dokładnie to w co wierzy, ani mniej ani więcej. Jeśli wiarę sprowadzam do zbioru „praktyk” i odrzucam je zachowując w swoim przekonaniu wiarę w boga, który mnie obciążył „praktykami”, to zaiste żałosny to bóg i zdecydowanie niegodny, by pisać jego imię wielką literą. Jeśli ciągle przyznaję się do bycia chrześcijaninem to wydaje się, że moje ziarno wiary dawno straciło swoją zdolność kiełkowania i nikogo, w tym także mnie, ani nie ucieszy ani nie nakarmi. Taka postawa podobna jest do przekonania, że można żyć i nie oddychać, co jak chyba łatwo przyznać, jest niespójne i nielogiczne.

„Utrzymywanie z relacji z Bogiem bez pośrednictwa duchownych” jest na pewno cenne w modlitwie osobistej. W przyjaźni nieocenione są chwile spotkania i dzielenia się sam na sam. Natomiast wyznanie wiary wprowadza w przyjęcie Pośrednika jakim jest Jezus Chrystus i poważne potraktowanie relacji z Nim, Jego Ewangelii i Jego Kościoła np. takich słów jak „Kto was słucha Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi”. Nie można wierzyć w Niego, a jednocześnie nie chcieć Go poznać. Poznanie Jezusa jest jednak nie tylko wiedzą. Bez wspomnianej łaski wiary, suma dowodów na istnienie Boga i prawdziwość katolickiej wiary, nie wystarczy nikomu by uwierzyć tak, jak wierzy chrześcijanin w Kościele. Poznanie Jezusa jest uznaniem potrzeby bycia zbawionym, i korzystania ze środków jakie w Kościele nam podarował. Bez Eucharystii, bez sakramentu pokuty odcinam się od źródła Życia jakim jest On sam. Przez grzech urywam relację z Nim, choćby z moich ust płynęły słowa o miłości. Jeśli obrażam czy ranię człowieka mam szansę na własne oczy zobaczyć jego reakcję i prędzej zrozumiem niestosowność wypowiadania deklaracji bez pokrycia. Wiara zakłada, że zdaję sobie sprawę co jest złe, nie chcę tego czynić, a gdy nie udaje mi się uniknąć upadku idę po przebaczenie i łaskę by moc głębiej zapuszczać w Chrystusie korzenie i na Nim budować swoje życie.(Kol 2,7)

 

Wielu przestaje wierzyć, bo wymagania Boga wydają im się za ciężkie i ograniczające wolność? Jak dostrzec słodkie jarzmo przykazań?

Jezus nam obiecał „Prawda was wyzwoli”. (J 8,32) Tymczasem jesteśmy świadkami rugowania pojęcia obiektywnej prawdy, i zniekształcania na wszelkie sposoby pojęcia wolności. Dla wielu wolność kojarzy się z możliwością robienia – bez zobowiązań i odpowiedzialności – tego na co mają aktualnie ochotę, co przyniesie natychmiastową przyjemność, radość, pewien komfort psychiczny, czyli pozwoli na przedłużaną egzystencję przysłowiowych „niebieskich ptaków”. Ewangeliczny sposób myślenia o wolności jest zupełnie inny i operuje bardzo dziś niechcianym i rzadko używanym terminem niewolnika. Obiecana w Chrystusie wolność – „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. (Ga 5,1) – czyni nas, owszem panami, ale panami samych siebie i otwiera horyzonty ku Bogu i bliźnim. Bóg „uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów”. (Kol 1,13-14). Zatem wymagania Boga mają nas uchronić przed niewolą grzechu, abyśmy „uwolnieni od grzechu oddali się w niewolę sprawiedliwości”. (Rz 6,18).

Jeżeli człowiek ma doświadczenie grzechu, niemocy zapanowania nad swoim temperamentem, impulsywnością, seksualnością czy jakimkolwiek aspektem swojego życia, dopiero wtedy może prosić o pomoc, aby uwolnić się od swojego zniewolenia i nie obejdzie się to bez trudu. Jan Paweł II przestrzegał nas „nie chciejcie tej wolności, która by was nie kosztowała”. . Słowa Jana Ewangelisty „przykazania Jego nie są ciężkie” (1 J 5,3) odnoszą się do innego poziomu szczęścia i satysfakcji niż to, jakie oferuje ich przekraczanie.

 

Jak wierzyć w sytuacjach trudnych, gdy ciężko się nawet modlić? Co wtedy może być przejawem naszej wiary, znakiem, że ciągle ufamy Bogu?

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że ważne są czyny wiary a nie odczucie wiary. Wtedy gdy jest nam źle, trudno, ciemno, możemy podejmować czyny wiary i nie poddawać się odczuciom, emocjom, które nieustanie się zmieniają. Wiara jest tajemniczą otchłanią, w której znajdujemy Chrystusa. Chociaż wiara udziela nam Boga i odkrywa przed nami Chrystusa, nie dzieje się to w sposób oczywisty dla zmysłów. Przywołując język Jana od Krzyża wiara jest rzeczywistością ciemną, jest nocą dla rozumu, woli i emocji. W ciemności trudno nam coś rozeznać, zrozumieć, przewidzieć. Błąkamy się jak we mgle. Tylko rozum oświecony światłem wiary może być nam pomocny, może być dla nas jakimś odniesieniem w poszukiwaniach prawdy. Psalmista woła w psalmie 121 „Wznoszę swe oczy ku górom – skąd nadejść ma dla mnie pomoc?”. Takie wołanie jest właśnie świadectwem że nadal ufamy. Bóg może „ochronić naszą duszę od zła wszelkiego, On nie pozwoli by potknęła się nasza noga, On nie zdrzemnie się ani nie zaśnie bo przecież czuwa nad Izraelem”.

Przejawem wiary pokładanej w Chrystusie są owoce w postaci wierności czasowi czy miejscom spotkania z Nim, uwielbienie i dziękczynienia za wszystko co otrzymuję (czasem będą to tylko wierne wysiłki podejmowane w tym kierunku) oraz szczera miłość okazywana tym, z którymi razem wędruję przez życie.

 

Czy można przeżywać wiarę jedynie jako sprawę osobistą, bez zaangażowania we wspólnotę?

Chciałabym wrócić do pytania czy wierzący może znaleźć i praktykować wiarę poza Kościołem. Kościół jako powszechny sakrament zbawienia, jak dobra matka chce nas prowadzić do Ojca, chce nas pouczać o sensie naszego życia doczesnego, chce nam pokazywać ścieżki prawdy, światła i ostatecznie szczęścia, które będzie trwało wiecznie. Chrzest, jaki wierzący otrzymuje włącza go w Kościół i czyni jego członkiem. Św. Paweł w Liście do Koryntian (1 Kor 12,19-23) tak mówi o zadaniach w Kościele: ”gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało? Tymczasem zaś wprawdzie liczne są członki, ale jedno ciało. Nie może więc oko powiedzieć ręce: «Nie jesteś mi potrzebna», albo głowa nogom: «Nie potrzebuję was». Raczej nawet niezbędne są dla ciała te członki, które uchodzą za słabsze; a te, które uważamy za mało godne szacunku, tym większym obdarzamy poszanowaniem”. To my tworzymy Kościół, jesteśmy Kościołem i potrzebujemy siebie nawzajem. Kościół ze swojej natury przeciwstawny jest „światu” i posługuje się inną hierarchią wartości, co być może przez grzech poszczególnych jego członków nie ukazuje się zawsze z równą wyrazistością. Bóg zostawił nam Kościół – wspólnotę wierzących, aby łatwiej było nam dojść do zbawienia. Znając kondycję człowieka wie, że człowiek potrzebuje wsparcia, aby wytrwać w wierze do końca, aby przeciwstawić się mentalności świata, nie ulec ani jego przynętom, ani groźbom. Jedno i drugie jest dla nas bardzo realne. Próba bycia jedynym czy samotnym wyznawcą Chrystusa jest raczej wiarą w siebie a nie wiarą w Niego. Postawa odrzucenia, czy choćby ominięcia Kościoła ze względu na własne uprzedzenia, zranienia, wygodę, czy z jakiegokolwiek innego powodu, może zaprowadzić jedynie do niewiary, do stworzenia własnego boga, który będzie odpowiadał moim oczekiwaniom.

To właśnie we wspólnocie odbywa się dojrzewanie wiary. Zarówno dojrzewanie w poznaniu, jak też weryfikacja i konfrontowanie jej z rzeczywistością. Kościół jest wspólnotą wielu wspólnot i mamy duże możliwości, by odnaleźć formę jakiej nam najbardziej potrzeba. Chrześcijańska rodzina jest wspólnotą wiary. Przyjaciele, których łączy wspólne poszukiwanie i dzielenie się wiarą. Probierzem wiary jest zawsze odniesienie do Chrystusa i miłość braci. Św. Jan uściśla: „przykazanie Boga jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. (1 J 3,23)

Przypowieść Jezusa o wierze wielkości ziarenka gorczycy (Mt 13, 31-32) nasuwa pytanie o możliwość zmierzenia wiary? Czy można tego dokonać? I w jaki sposób pomnożyć wiarę, jeśli okaże się mniejsza od rzeczonego ziarenka?

Św. Jakub mówi, że „wiara bez uczynków jest martwa”, czyli można powiedzieć, że jej wartość jest równa zeru. Ale dopowiada również- „także i złe duchy wierzą i drżą” a wiara ich sprowadza tym większą śmierć i zniszczenie. Św. Jan twierdzi, że: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci. Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci”. (1 J 3,23b.16). Moc i prawdziwość wiary weryfikuje zatem najbliższa wspólnota. Z odpowiedzią na pytanie „w jaki sposób pomnożyć wiarę” wróciłabym znowu do pytania poprzedniego i twierdzenia, że prawdziwej miłości uczy wspólnota prawdziwych i zaangażowanych wyznawców Jezusa  Nie tych, którzy Go podziwiają, ale tych, którzy starają się Go naśladować. Tych, którzy bezwarunkowo przyjmują swoich braci i kierują ich wzrok ku Chrystusowi, który nam w wierze przewodzi i ja wydoskonala. (Hbr 11,1)

Pod koniec 2021 roku wydały Siostry płytę zatytułowaną „Powiernik tajemnic Boga”? Dlaczego zdecydowały się Siostry nagrać płytę poświęconą właśnie św. Józefowi?

 

Pierwszym impulsem do pogłębienia więzi ze Świętym Józefem była, nagłośniona przez papieża Franciszka 150 rocznica ogłoszenia go Opiekunem Kościoła Świętego i wydany z tej okazji list Patris Corde, jak również List Przełożonych Generalnych Zakonu Karmelitów i Karmelitów Bosych. Podejmując myśli zawarte w Listach starałyśmy się iść zgodnie z pozostawionym nam przez Św. Teresę z Avila charyzmatem – żywo współbrzmieć z Kościołem naszych czasów i zarazem nie opuszczać towarzystwa Świętych, a szczególności Św. Józefa, którego ona sama nazywała swoim umiłowanym Ojcem i Patronem. Starając się pogłębić refleksję o ojcu Pana Jezusa przez kolejne tygodnie śledziłyśmy wybrane aspekty Jego życia – to czym dzieliła się jedna Siostra stawało się bogactwem drugiej i pomnażało wspólny skarb miłości i zachwytu. Z przedłużanych rozmów o Św. Józefie już niedaleko było do pomysłu by treści, którymi żyjemy utrwalić w formie pieśni, tym bardziej, że mamy za sobą doświadczenie realizacji projektu śpiewnika z okazji 500-lecia urodzin Św. Teresy od Jezusa.

 Nasza wiara to droga pełna tajemnic, z których wiele zostanie odkrytych dopiero po śmierci. Jaką rolę na tej drodze może pełnić św. Józef? Śpiewają Siostry: „Twoją drogą przez życie mnie prowadź”. Dlaczego właśnie św. Józefa proszą Siostry o prowadzenie?

Na drodze wiary – drodze nie tylko pełnej tajemnic ale i niebezpieczeństw – Św. Teresa podkreślała rolę przyjaźni. Od przyjaciół oczekiwała z jednej strony ostrzeżenia gdyby miała oddalać się od celu do jakiego prowadzi wiara, wsparcia aby nie poddać się pośród trudu, przykładu, by iść „coraz dalej ku coraz lepszym rzeczom postępując”. Józefa traktowała ponadto jako prawdziwego Ojca, którego wierność potwierdzają Ewangelie i niezrównanego protektora, skoro jego prośby nieodmiennie są traktowane przez Jezusa z synowską uległością.

Dla Świętego Józefa droga wiary nie jest już drogą pełną tajemnic. On wie jak iść. Widzi też z nieporównywalnie większą jasnością niebezpieczeństwa i zagrożenia na jakie jesteśmy narażeni i zna środki jakie należy podjąć, ale chyba najbardziej wzbudza zaufanie i pociąga jego, jedyna w swoim rodzaju zażyłość z „najcenniejszymi skarbami Jezusem i Maryją”. Wszystkie rady i pomoce dla pogłębienia wiary możemy dostać u Józefa niejako z pierwszej ręki, zgodnie z tym jak śpiewamy w tradycyjnej pieśni „on w świętości i miłości po Maryi pierwszym był”.

Życie Józefa w bliskości Boga jest podobne do naszego życia. Uchwycenie tego podobieństwa owocuje pragnieniem odwołania się do doświadczenia Józefa by zrozumieć własne położenie i wyzwania chwili, by podjąć zadania jakie Bóg przed nami stawia i by zrobić to jak najdoskonalej na poziomie chcenia, działania i miłowania. Przywołane przez Pana słowa pieśni „Twoją drogą przez życie mnie prowadź” są umieszczone w kontekście snów, jakie nawiedzają Józefa w kluczowych momentach jego egzystencji i egzystencji jego Rodziny: Wtedy, gdy jest postawiony wobec sytuacji, niezaplanowanej, upokarzającej, ze wszech miar trudnej jaką jest nieoczekiwane poczęcie Jezusa, wtedy, gdy niezwłocznie ma podjąć brzemienną w skutki decyzję o ucieczce z ojczyzny, wtedy, gdy ma opuścić stabilizację zdobytą w Egipcie na rzecz budowania od podstaw domu w ziemi Izraela i wtedy gdy dostaje polecenie, by osiąść w Nazarecie wbrew swemu, uzasadnionemu po ludzku, lękowi przed okrucieństwem Archelausa. Rzeczywistość konfrontuje Józefa, tak jak i nas, z naszymi marzeniami, planami, potrzebą kontrolowania swojego życia, lękami jakie zrodziły się w nas pośród doświadczeń przeszłości i lękami jakie niesie niewiadoma przyszłości. Oddanie steru życia Niewidzialnemu, czym w istocie swojej jest wiara, zawsze pozostaje dla zwykłych zjadaczy chleba nie lada wyzwaniem. Józef przeszedł swoją próbę zwycięsko, ale, co ważne dla nas, nie bez zmagania. Tak jak my czerpał wzór z przykładu Abrahama, Izaaka, Jakuba i Józefa Egipskiego. Modlitwa psalmami niewątpliwie była dla niego światłem, drogowskazem i siłą, tak jak może nią być dla nas.

W utworze „Niech nas nasycą” modlą się Siostry wezwaniem: „Niech nas nasycą dobra Twojej Rodziny”. Obranie sobie na drodze wiary za przewodnika św. Józefa przynosi konkretne skutki. Jakimi łaskami szczególnie może nas obdarować?

Jako, że żyjemy w klasztorze Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa, wydaje mi się, że łaską która nie ma sobie równej, jest wiara w Emanuela, to znaczy w „Boga – z – nami”. Udział w dobrach Świętej Rodziny oznacza w praktyce, tylko i aż, przeświadczenie o darmowej, niewzruszonej i nieodwołalnej, czułej i do bólu konkretnej miłości Boga do mnie. Konsekwencje tego przeświadczenia obejmują wszystkie bez wyjątku aspekty egzystencji, nie wyłączając najtrudniejszych jak cierpienie i śmierć, czy najbardziej dziś nagłaśnianych jak kwestie związane ze środowiskiem naturalnym. Stwórca życia dzielił życie ludzkiej rodziny, usankcjonował hierarchię spraw wpisaną w doświadczenie człowieka, uczestniczył nie tylko w świętowaniu ale w codziennych wątpliwościach, niepewnościach, bólu i trudach. Nie korzystał z szybkich, efektownych i przecież na dłuższą metę nieskutecznych środków na chandrę. Prawodawca poddał się prawu, które sam ustanowił, ale poddał się również prawu stanowionemu i interpretowanemu przez człowieka od spisu w Betlejem do śmierci na krzyżu. Pocieszyciel i Źródło szczęścia potrzebował i pragnął bliskiej, wiernej i czułej relacji z ojcem i matką. Ten, który zaofiarował nam swoją przychylność bez żadnej zasługi z naszej strony potrzebował od nas przyjęcia całkowicie bezinteresownego, miłości odpowiedzialnej i przebaczającej. Ten, który jest sytością i zaspokojeniem zadowalał się tym, co oferował stół pod dachem prostego rzemieślnika. Wcielona Mądrość całym swym istnieniem głosiła synowskie posłuszeństwo, pełne pokoju zaufanie i wolne od lęku przyjęcie historii. Czy jest większa łaska niż przebywanie w tym sekretnym, a przecież doświadczalnym sanktuarium, gdzie głos Boga obwieszcza każdemu z ochrzczonych „Ty jesteś moim synem” oferując istnienie nie tyle wolne od trosk, co otwarte ku perspektywie ostatecznego zwycięstwa nad złem i zmartwychwstania?

Jakie jest doświadczenie Sióstr jeśli chodzi o opiekę św. Józefa? W czym Wam pomaga, co mu polecacie szczególnie, może czym Siostry zostały zaskoczone przez św. Józefa?

Św. Teresa pisała, że każdemu ze Świętych Bóg przeznaczył szczególną skuteczność w pewnych dziedzinach, zaś Józef jest niezawodny we wszystkich. Dlatego jest on towarzyszem zarówno powszednich naszych spraw począwszy od odkręcania słoików, walki z urządzeniami mechanicznymi jak brama, miksery, maszynki i maszyny oraz prac w domu i ogrodzie poprzez małą i dużą ekonomię aż do spraw subtelnych i najsubtelniejszych jak relacje z ludźmi i z Bogiem. Lubimy doszukiwać się jego interwencji i opowiadać o cennych dla każdej pamiątkach jego działania. Legendarna jest jego zaradność finansowa. W czasie budowy klasztoru zasłynął jego obrazek gdzie nasza śp. s. Maria dopisywała konieczne zera do stojącej w lewym rogu samotnej jedynki. Ostatnim wydarzeniem, którego jesteśmy świadkami jest jego poważne potraktowanie ultimatum jakie postawiła rodzona siostra jednej z nas w sprawie znalezienia kandydata na męża. Józef wywiązał się ze zobowiązania dziesięć dni przed ustalonym terminem i pełne podziwu możemy towarzyszyć modlitwą toczącej się, pełnej cudów historii, którą, jak ufamy, w swoim czasie zwieńczy związek sakramentalny narzeczonych.

Korzystamy też z pozostawionej przez Św. Teresę zachęty by właśnie Józefa przyjąć za mistrza osobistej modlitwy i więzi z Bogiem. Z jednej strony ta więź była osobista i niepodważalna, ale z drugiej strony tak zwyczajna jak nasza to znaczy odwołująca się chwila po chwili do tej niezawodnej i ciemnej przewodniczki jaką jest wiara.

Czy płyta jest nadal dostępna? Jak można ją nabyć?

Oczywiście płyta jest nadal dostępna. Można ją nabyć w naszym karmelitańskim sklepiku na naszej internetowej stronie; Karmelitanki Bose, Gniezno

„Powiernik tajemnic Boga” płyta poświęcona św. Józefowi – Różaniec Assistance (rozaniecassistance.pl)

Wszystkim, którzy chcą poznawać św. Józefa i zaprzyjaźnić się z nim,  polecamy i zapraszamy do nas.