Aby głębiej wniknąć w Boga…
Św. Jan od Krzyża w Pieśni duchowej przypomina nam, że dusze nasze są schronieniem, gdzie Pan przebywa, jesteśmy Jego ustroniem i miejscem tajemnym gdzie On się ukrywa. Kiedy stajemy na progu tych świętych dni możemy powiedzieć, że w tym ustroniu i miejscu tajemnym dokonuje się obecna Pascha, tam dokonują się nasze oblubieńcze spotkania, ale też nasze odejścia i zdrady Mistrza. Otwórzmy nasze serca i wołajmy razem z Oblubienicą z Pieśni duchowej; „Odsłoń przed nami obecność Twoją i zadaj śmierć widokiem Twej boskiej piękności”. Prośmy Jezusa o odwagę i determinację by odnaleźć Go w głębi swego serca, by tam z Nim być, by odkryć Jego Piękno, które nas pociągnie, przemieni i da nowe życie.
Co to znaczy, że Bóg może odsłonić przed nami swoją obecność? Najprościej możemy powiedzieć, że odkrywa On przed nami swoją obecność, gdy nas orzeźwia, zawstydza, napełnia weselem lub kruszy swoim słowem. Wtedy poznajemy Jego obecność, wtedy nam się odsłania. Z pewnością możemy poznać Jego obecność również wtedy gdy podaruje nam jakąś odczuwalną łaskę.
Na czym polega Jego piękność? Jak możemy ją poznać?
Komu czy czemu ta piękność ma zadać śmierć?
Zacznijmy więc od Ewangelii św. Marka – modlitwa Jezusa w ogrójcu i trwoga konania. Widzimy przed sobą Jezusa, który się modli, który drży, odczuwa trwogę, Jego dusza jest smutna aż do śmierci. Jezus potrzebuje obecności swoich uczniów, oczekuje, że będą z Nim czuwać, niespokojny odchodzi by się modlić na odosobnieniu a potem wraca targany lękiem przed czekającą go męką. Spróbujmy zatrzymać się przy słowach „odchodzi by się modlić ”. Jezus widząc śpiących apostołów odszedł i modlił się do Ojca, powtarzając te same słowa. Odchodzi, ponieważ zna nieskończone Piękno Ojca, zna jego czułość, Jego moc, potrzebuje na nowo odnaleźć ukochane Oblicze swojego „Tatusia”. Światło Jego oblicza choć na chwilę usunie mrok, który Go ogarnia. Wie, że najważniejsza jest wola Ojca, którą chce wypełnić. W tym zmaganiu, odchodzeniu od siebie, zapominaniu o sobie, szuka mocy i siły w relacji z Ojcem. Ojciec jest źródłem jego odwagi by oddać życie, tylko w relacji z Ojcem Jezus może powiedzieć, że zła się nie ulęknie, bo Ojciec jest zawsze z Nim. On wie, że wszystko poza Ojcem jest martwe; każdy bożek ma uszy ale nie słyszy, ma usta ale nie mówi a ten, kto go adoruje staje się do niego podobny. Mistrz jest świadomy, że wchodząc w modlitwę wchodzi przez bramę, która otworzy mu serce Ojca i tam jest bezpieczny. Jezus odchodzi by się modlić za uczniów. On jest jak dobry Pasterz, który wchodzi w ciemność ponieważ jego owce żyją w ciemności. Odchodzi ale jednocześnie zbliża się do nich, opuszcza ich ale jest jeszcze bliżej. Chce wyrwać z ciemności tych, którzy śpią. Próbuje z każdej strony dotrzeć do pogrążonych we śnie uczniów; we śnie zmęczenia, niedowierzania, własnych potrzeb, wizji czy marzeń. Ponieważ śpią, więc są ślepi, nie widzą prawdziwej rzeczywistości zdradzonego i opuszczonego Mistrza. Jezus chce ich przebudzić do miłości, jaką ma w sobie. Chce ich uczynić świadkami miłości, która czuwa, jest bliska w cierpieniu, która widzi dalej, chce wypełnić wolę Ojca. Naprawdę ich nie opuszcza. Stawia jednak pewną granicę senności uczniów gdy mówi; „dosyć!”, wstańcie, chodźmy! Zgadza się na senność uczniów ale jednocześnie zaprasza ich do wejścia w Paschę. Chce im odkryć to piękno, którego wcześniej nie odkryli – piękno związane z oddaniem życia, piękno przebaczenia zdrady, piękno zawierzenia Ojcu pośród najgłębszej ciemności, piękno wolności w oddawaniu życia, piękno wolności wobec każdego stworzenia, piękno bycia w relacji z Ojcem, który ocala ze śmierci.
To jest piękno naszego Boga. Bóg chce nas przebudzić, chce byśmy poznali to piękno, byśmy zaczerpnęli z tego źródła prawdziwego życia i miłości. On wie, że mamy zwodnicze sny o własnej wielkości, doskonałości, świętości. Któż z nas jest wolny od takich snów? Któż z nas jest wolny od stresów, lęków, namiętności, zazdrości, ducha rywalizacji, arogancji? Jezus wiedział, że żaden człowiek nie jest wolny od tego i dlatego nie odszedł od nas na zawsze, lecz tylko po to, by się modlić, byśmy w końcu, wybrali życie w Nim, z Nim i dla Niego. On chce odnaleźć to co zginęło. Jezus umierając na krzyżu, kiedy wołał „Boże mój Boże czemuś mnie opuścił”, stanął nad przepaścią odejścia od siebie, zszedł w epicentrum nienawiści szatana po to, by nas tam przechwycić byśmy już nigdy nie czuli się samotni. Tak jak pasterz, który rzuca się w przepaść za zgubioną owcą tak On zszedł w naszą śmierć, która była owocem naszego odejścia. Nie dla śmierci stworzył nas Bóg, ale uczynił nas obrazem swej własnej wieczności.
Kiedy patrzymy na historię Judasza, na jego zdradę, może budzić się w nas pytanie; kiedy pierwszy raz odszedł od Mistrza? Czy wtedy, kiedy został pochwycony przez chciwość? Czy pierwszą jego zdradą był moment gdy coś małego zatrzymał dla siebie? Czy zwątpienie w wielkość Mistrza, jego skuteczność, coraz bardziej go izolowały, zmuszały do odejścia? Czy miłosierdzie okazywane wszystkim biednym, trędowatym, pokrzywdzonym rodziło w nim pogardę i zmuszało do zmiany drogi? Może to była bardzo subtelna równia pochyła, pierwsze małe niewierności, małe oszustwa, najpierw zupełnie niewidoczne, które go doprowadziły do odejścia? Być może zostawił sobie przestrzeń, która była tylko jego, własna, do której nikt nie miał dostępu a która stała się miejscem zdrady. Być może zostawił sobie taki mały trzosik wypełniony krytyką, osądem, pogardą, złym milczeniem. W ten sposób odszedł od wspólnoty a ostatecznie odszedł od Mistrza. Wydaje się, że wchodził w ciemność, bo nie widział czułości Boga i Jego dobroci ujawniającej się w Jezusie. Szczytem była Pascha, kiedy Jezus podał mu kawałek chleba. To był gest czułości matki, która podaje ukochanemu dziecku najsmaczniejszy kąsek. Jezus potraktował swojego zdrajcę jak honorowego gościa i ukochane dziecko, jak bliskiego przyjaciela, któremu pozwala leżeć na swoim sercu. Wiedział, że Judasz był zaślepiony żądzą zdrady i chciwości. To była noc jego duszy. To odejście od Mistrza doprowadziło go do śmierci. Każde odejście od Boga ostatecznie prowadzi do śmierci.
Jakie są nasze odejścia? W jaki sposób porzucamy siebie nawzajem? Jak opuszczamy jeden drugiego gdy przychodzi konflikt, trudność zmierzenia się z innością a może nawet grzechem? Jakie zdrady nosimy w swoich sercach? Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy.
Kiedy po odśpiewaniu hymnu Jezus z uczniami udali się w kierunku Góry Oliwnej i Jezus mówi im, że zwątpią w Niego, że rozproszą się, Piotr oczywiście zdecydowanie zaprzecza. Jest pewny siebie! I ta pewność oddala go od Mistrza. Piotr ponieważ nie zostawił siebie, nie odszedł od siebie, to nie słyszał Jezusa, nadal trwał w śnie o sobie i swojej wierności, swoim męstwie, odwadze i gotowości oddania życia za Jezusa. Jego gotowość oddania życia okazała się iluzoryczna w obliczu zagrożenia. Głęboka niepewność została przykryta powierzchowną pewnością siebie. Kiedy przychodzi zagrożenie odchodzi od Jezusa, opuszcza Go, zapiera się Go. Jest pochwycony przez lęk o własne życie, o własne bezpieczeństwo. Dopiero po zmartwychwstaniu zostanie uwolniony od lęku i stanie w prawdzie przed Panem.
Tak jak Jezus płakał przed grobem Łazarza, tak płacze nad każdą naszą zdradą, każdym naszym odejściem, które ostatecznie może prowadzić do śmierci. Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. Jego serce jest rozdarte, kiedy woła przez usta proroka Jeremiasza „Opuścili mnie źródło wody żywej”, „opuścili moje prawo”, „cudzołożąc odeszli od swojego Boga”. A przez Ozeasza mówił; „Mój lud jest skłonny odpaść ode mnie – wzywa imienia Baala, lecz on im nie przyjdzie z pomocą.” Jego odpowiedź na nasze odejścia jest zawsze taka sama; „Jakże cię mogę porzucić Efraimie i jak opuścić ciebie Izraelu? Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku Ciebie jestem Ja – Święty i nie przychodzę, żeby zatracać.”
Wróćmy jeszcze raz do Ogrodu Oliwnego gdzie toczy się dialog między Jezusem a zgrają, która przyszła Go pojmać. Kiedy Jezus powiedział, że Pisma muszą się wypełnić, wtedy opuścili Go wszyscy i uciekli. Marek wspomina także młodzieńca, który brał udział w modlitwie, odzianego w prześcieradło na gołym ciele, z którego podczas pojmania Jezusa to odzienie zerwano a on uciekł od nich nago. Był tak przerażony, że wolał uciec nago, niż zaryzykować aresztowanie. Wybrał własną nagość niż towarzyszenie Jezusowi w Jego drodze na mękę. Ten fakt zostawienia owego drogiego okrycia – SINDONE- i ucieczka w nagości może nam przywołać na pamięć inny ogród i inną nagość – ogród Eden. Tam też człowiek przez swoje nieposłuszeństwo porzucił Boga, stracił szatę chwały i został nagi. Ci sami uczniowie, którzy wcześniej z Piotrem mówili; „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą” teraz Go opuszczają, uciekają, boją się z Nim być. Baranek jest otoczony przez tych, którzy chcą Jego śmierci a On się nie broni. Postanawia iść do końca, kochać do końca, aż do śmierci. Pozostając Panem samego siebie, nie próbuje walczyć o własne życie. Jego milczenie jest krzykiem jego obecności przy człowieku. Jezus cierpi, że człowiek nie chce szczęścia z Bogiem, że jego miłość została dumnie zdeptana i odrzucona.
Wróćmy do zadanego wcześniej pytania: „Jak możemy poznać piękno Boga” ? św. Jan od Krzyża podpowiada nam, że aby głębiej wniknąć w Boga, by skosztować jego bogactw, aby poznać jego piękno trzeba wejść w gęstwinę Krzyża. Obejmując go z wiarą Bóg napełnia nas swoim życiem, wtedy podaruje nam swoje piękno. Komu czy czemu ta piękność ma zadać śmierć?
Każdy kto bardziej oddali się od rzeczy ziemskich, mówi Jan od Krzyża – tym bardziej zbliży się do niebieskich i większe skarby znajdzie w Bogu. Kto umrze dla wszystkiego, znajdzie życie we wszystkim. Kto się ukrywa we własnej nicości i zdaje się na Boga, ten prawdziwie żyje. Na pastwiskach doczesności z pewnością nie znajdziemy pożywienia i prawdziwego życia. Jego piękno ma zadać śmierć naszej śmierci, naszym zdradom i temu wszystkiemu co nie jest Nim samym. Bóg chce uczynić nas bogami przez uczestnictwo, podobnie jak ogień który zamienia wszystkie rzeczy w siebie. Ten właśnie ogień ogarnął św. Naszą Matkę i dlatego mogła wołać, że cierpienie jest jej szczęściem, mozoły spocznieniem, gorzki znój ochłodą a ból wytchnieniem. W śmierci odnajdywała życie, wśród ran swoje rozkosze. Pogarda i opuszczenie były dla niej szczęściem i zaszczytem a wielkość swą widziała w uniżeniu. Piękność Boga zadała śmierć jej wewnętrznej śmierci i zamieniła ją w żywy płomień miłości. Pan obudził ją pogrążoną we śnie, otworzył jej oczy aby ujrzała Jego obecność w sobie. Uwolnił ją od niej samej, z wielką miłością zwrócił ku sobie aby czysta i samotna, coraz bardziej rozmiłowana należała tylko do Niego.
Niech dotknie nas Jego piękno, niech zada śmierć naszej śmierci, aby On sam był dla nas wszystkim.