Święto św.Teresy od Dzieciątka Jezus, Doktora Kościoła

 

SEKRET EWANGELII

Arystokracja grzeszników


Co to za sekret? O co chodzi? O arystokrację. ("Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha"). Mówi się, że Bóg nie jest konserwatystą, lecz nie jest On także demokratą. Nawet wśród tych, którzy przyjmują światło, istnieje hierarchia. Strzeżmy się jednak - nie jest to hierarchia tego świata, chodzi o arystokrację Krzyża.

A zatem, w ostatnich rzędach siedzą ci, których trzeba nazwać "sprawiedliwymi"; przyjmują oni słowo, lecz nie mają korzeni, ponieważ brak im tej przenikliwej świadomości, że potrzebują nieskończonego miłosierdzia; liczą więc jednocześnie i na miłosierdzie, i na swoją sprawiedliwość. Im w Królestwie Niebieskim przypadną składane krzesła ostatniego rzędu.

Rząd wyżej znajdują się grzesznicy. Ich wyższość polega na tym, że posiadają świadomość, iż potrzebują przebaczenia; są zawieszeni na miłosierdziu. Z tego powodu są o wiele lepiej przyjęci; spójrzcie na Marię Magdalenę, dobrego łotra, syna marnotrawnego... Gdybyśmy umieli odczytać te sceny z sercem i pojmowaniem całkowicie czystym, nasze nawrócenie dokonałoby się natychmiast. Ewangelia została napisana dla ludzi prostych, a nie dla intelektualistów i tylko stając się trochę "prostakami" pozwolimy, aby nas poruszyła (widzicie więc, że arystokracja Boga nie jest arystokracją według naszego rozumienia!). Jeśli ktoś czyta Ewangelię i nie jest w żaden sposób zbulwersowany, oznacza to, że nic nie zrozumiał. Faktem jest, że ludzie prości, którym przepowiada się Ewangelię, rozumieją ją o wiele lepiej, niż specjaliści od religii. Podobnie i świętych: spójrzcie, jak prostacy przyjmują Joannę d'Arc, a jak biskupów...

W żaden sposób nie potrafię wam wyjaśnić Ewangelii, jeśli niczego jeszcze nie doświadczacie. Najzwyczajniej w świecie trzeba najpierw odczuć pewne drżenie, a więc być już trochę dzieckiem.

Tak zbliżamy się do szczytów arystokracji Nieba. Grzesznicy otrzymają krzesła w pierwszych rzędach, lecz dzieci zasiądą w królewskiej loży - idą za Barankiem, gdziekolwiek On pójdzie i śpiewają pieśń, której nikt nie umie śpiewać.

Dzieci rozumieją wszystko i natychmiast. Jest to całkowite odejście od porządku tego świata, gdzie najmniejsza zdobycz jest cierpka i trudna; to bardzo pocieszające. Boże światło nie jest poza naszym zasięgiem. Nie trzeba przebywać mórz, ani wznosić się pod niebo, aby je zdobyć. Nie jest trudno być dzieckiem, być małym. Nie jest to trudne, lecz nie jest to naszym udziałem i to jest właśnie grzech, nasz grzech.

A na to Bóg nie może pozwolić. Albo jesteśmy dziećmi, albo nie. Jeżeli jesteśmy - mamy wszystko; jeżeli nie - nie mamy nic.

Przed nami jest więc tylko jedno wyjście - uznać się za grzeszników, którzy potrzebują nawrócenia. Z Bogiem nie ma dyskusji, trzeba się nawrócić: "Jeżeli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci..." Nie szukajmy więc innego celu naszego życia. Jeżeli dążymy do czegoś innego, trwamy w swoim szaleństwie i jesteśmy faryzeuszami - Bóg potraktuje nas tak samo jak ich.

W dzień Sądu Bóg zaledwie rzuci okiem na wszystko, co doprowadza nas do rozpaczy i niepokoju: to nędza, a nędza dla Miłosierdzia jest niczym ziarno dla młyna.

Sekretem Ewangelii jest więc arystokracja małych i grzeszników. Siostra Genowefa od Najśw. Oblicza (Celina, siostra Teresy od Dzieciątka Jezus) powiedziała jakiś czas przed śmiercią: ?Mówiąc o Teresie, mówi się o jej drodze dziecięctwa, lecz równie dobrze można mówić o drodze dobrego łotra.? Sekretem Ewangelii jest po prostu niezgłębiona tajemnica miłosierdzia. Ewangelia ukrywa więc w sobie coś o wiele wznioślejszego, niż grzesznicy i dzieci, a raczej Kogoś. Jest to pewne Oblicze.

Przeczytajcie jeszcze raz sceny, w których Chrystus wybiera uczniów: jeżeli są jeszcze dzisiaj chrześcijanie, to dlatego, że istnieje pewna liczba ludzi, którzy spotkawszy oblicze innego Człowieka, nie mogli się już więcej bez niego obejść... Czasem dokonało się to w jednej sekundzie, jak w przypadku Mateusza: to był ten właśnie moment - ani przedtem, ani potem. Zanim jeszcze Chrystus przemówił, ludzie ci zostali oczarowani, urzeczeni na zawsze od chwili, gdy ich spojrzenie spotkało się że spojrzeniem Jezusa: w mgnieniu oka przeczuli Królestwo, przeczuli sekret i poszli za Nim...


"Jezus spojrzał na mnie..."


Akt wiary dobrego łotra pogrążył św. Augustyna w podziwie i zdumieniu. Zapytuje go: "W jaki sposób rozpoznałeś Boskość Mesjasza w chwili, gdy przeciwnicy Chrystusa hałaśliwie triumfowali i nawet apostołowie nie byli zdolni rozpoznać Jego Oblicza w agonii? A przecież jedni i drudzy studiowali Pisma i nie spostrzegli, że Pisma się wypełniają... Co uczyniłeś, aby to zrozumieć? Czy pomiędzy zbójeckimi wyprawami miałeś czas na studiowanie Ksiąg, których znawcy nie umieli czytać? I św. Augustyn wkłada w usta dobrego łotra tę godną podziwu odpowiedź: "Nie, nie studiowałem Pism; nie, nie rozmyślałem nad proroctwami, lecz Jezus spojrzał na mnie... i w Jego spojrzeniu zrozumiałem wszystko!"

Przez wieki historii Kościoła spojrzenie świętych otrzymywało tę samą moc, co spojrzenie Chrystusa. Na przykład spojrzenie wychodzącego z zakrystii Proboszcza z Ars, krzyżujące się ze spojrzeniem pewnego niewierzącego uczonego - który przyjechał z czystej ciekawości, aby ?zobaczyć? - wystarczyło, aby tegoż uczonego powalić na ziemię i nawrócić.

Tak samo o. Ratisbonne, Żyd, liberał nienawidzący chrześcijaństwa, w jednej chwili został nawrócony przez objawienie Najświętszej Maryi Panny. On także ze łzami powtarzał: "Widziałem Ją! Widziałem Ją! I w Jej spojrzeniu wszystko zrozumiałem..."

Oczywiście, wszystkiego jeszcze trzeba się nauczyć, gdy nie jest nam dane, jak dobremu łotrowi, wejść jeszcze tego wieczora do raju, a istnieje, podobnie jak w przypadku apostołów, inna możliwość - służyć Chrystusowi przez długie lata. Trzeba się uczyć szczegółowo, po trochu - i na kolanach - tego, co uchwyciło się w pierwszym olśnieniu. Jest to możliwe, ponieważ już wtedy dane nam było "coś" zrozumieć. Apostołowie byli pouczani przez Chrystusa, a święci i my - przez Kościół, nie ma tu różnicy.

Spójrzcie jeszcze na Edytę Stein, Żydówkę, filozofa (ucznia Husserla) i agnostyka. Pewnego wieczora zaczyna czytać "Życie" św. Teresy; nie może się oderwać od książki i o czwartej nad ranem zamyka ją, mówiąc po prostu: "To jest prawda!". Następnie kupuje mszalik i katechizm; zanim przyjmie chrzest, upada na kolana, zaczyna się uczyć właśnie dlatego, że już wiedziała wszystko.

Skoro więc wszystko zależy od tego Oblicza, bezwzględnie potrzebujemy, aby ukazało się ono oczom naszego serca. Nie powinniśmy lękać się prosić o tę łaskę, ponieważ jest nam ona nieodzowna: "Okaż nam swoje Oblicze, a będziemy zbawieni". Nie jest to owoc jakiegoś wysiłku, lecz po prostu... tak podoba się Bogu: Nie zależy to od woli człowieka, ani od jego wysiłków, lecz od Boga, ?który się rozrzewnia?. Trzeba więc umieć rozczulić Boga. Ponieważ jednak nic nie może Go do tego zmusić, jedyną rzeczą, która nam pozostaje jest powiedzieć Mu: "Wiem, że mi się nie należy, że nie jestem godzien, lecz proszę Cię w Twoje Imię... którym jest Miłosierdzie".

Aby taka modlitwa szczerze wytrysnęła z serca człowieka - nawet jeśli jest zakonnikiem - trzeba nieraz lat, ponieważ jest to modlitwa dziecka. Gdy dziecko prosi o coś swoich rodziców, ci nie ustępują, jak długo dziecko dyskutuje (lub przynajmniej nie powinni ustąpić); lecz jeśli prosi łagodnie, zgadzając się prosić: "jeśli chcesz" - nie ustami, lecz z głębi serca, wtedy rodzice nie potrafią mu się oprzeć. Bóg opiera się, ponieważ dyskutujemy. W dniu, w którym przestaniemy dyskutować, otrzymamy wszystko; okaże nam swoje Oblicze, a stanie się tak dlatego, że zaczęliśmy je miłować.

Co to znaczy miłować? Wiele osób nie ufa uczuciom i podkreśla, że miłość to nie tylko uczucie, że miłość polega na pełnieniu woli Bożej. Rzeczywiście, jest to najpewniejszy owoc miłości, znak, po którym ją rozpoznajemy i który objawia się w miłości do braci ("Po tym poznają" itd.). Lecz znak miłości to nie sama miłość. Jeżeli próbujemy wypełniać wolę Bożą i kochać naszych braci poprzez heroiczne natężenie woli, to tak, jakbyśmy w swoim sercu chcieli zbierać owoce z drzewa miłości, nie zasadziwszy go tam uprzednio (a jego nasiona na początku są najmniejsze z wszystkich nasion).

Kochać to nie znaczy najpierw być heroicznym w bezinteresowności, przeciwnie, ta doskonałość pojawia się dopiero na końcu. Kochać to najpierw zostać pociągniętym, oczarowanym, zniewolonym. Pierwszym wolnym i zasługującym aktem, jakiego się wtedy od nas oczekuje jest akt uległości, poddania się urokowi, przyciąganiu, akt przyzwolenia, by dać się wziąć, by dać się posiąść, akt przyzwolenia na wszystko. Jest to coś zupełnie prostego, co wyzwala się w naszym sercu nie wiadomo dlaczego i jak, i co czyni wszystko łatwym ("Moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie").

Największe wysiłki, jakie podejmujemy, są niekiedy rozpaczliwe i zniechęcające, ponieważ w niewielkim stopniu pochodzą z miłości, a bardziej z woli przekonania siebie, że kochamy. Jest to pragnienie dokonywania dzieł miłości bez miłości. Usiłuje się naśladować świętych, tworzy się jakieś idealne "ja" (jak żaba, która pragnie być wołem), nazywając to doskonałością chrześcijańską czy zakonną. Lecz życie chrześcijańskie jest nie tyle ideałem, co rzeczywistością; jedynym ideałem jest to, aby ta rzeczywistość się rozwijała ("Chcę, abyście mieli radość w obfitości").

Bardzo niebezpieczną rzeczą jest uczynić z doskonałości najpierw ideał, ponieważ czyni się zeń wtedy mój ideał. Dążyć do ideału, to często usiłować naśladować miłość przez wyczerpujące wysiłki, które czynią życie ciężkim i nie mają wielkiej wartości w oczach Boga, gdyż nie są zgodne z Jego pragnieniem. Nie próbujmy zachowywać się, jakbyśmy osiągnęli stopień wyższy, niż ten, na którym jesteśmy rzeczywiście; nie twórzmy sobie własnego, idealnego "ja", będzie to jeszcze jeden owoc ducha dziecięctwa.


Zostać robotnikiem ostatniej godziny


Trzeba więc, aby coś się dokonało w naszym sercu, coś niezastąpionego. Bądźmy tym, kim jesteśmy - mamy swój własny udział w małym ziarnie Królestwa; jeśli pragniemy, aby ono wzrastało, nie lekceważmy go, ale i nie zadręczajmy "ciągnąc za uszy?, by szybciej rosło. Nie mówmy: "Gdzie jestem? Czy to dobrze, czy nie?".

To, że tworzymy sobie złudzenia i rozpaczamy, gdy się rozpadają, nie jest ostatecznie najbardziej niebezpieczne (ponieważ krzyczymy wtedy do Boga). Najgorsze jest to, że po wieloletnich trudach całkowicie się zniechęcamy i twierdzimy, iż tak niewiele posunęliśmy się naprzód: "Takie jest życie... nie należy zbyt dużo wymagać... nie jestem święty, nie wszystkim jest to dane". To jest groźne, ponieważ jest to nasze myślenie o sobie, a nie Boże.

Może się zdarzyć, że nawet w życiu zakonnym dusze bez grzechu śmiertelnego otrzymają objawienie Oblicza Chrystusa dopiero w ostatniej chwili; to robotnicy ostatniej godziny i sowita będzie ich nagroda, jeśli zaakceptują ten stan rzeczy. Całe życie trudziły się, aby stać się robotnikami ostatniej godziny, aby móc powiedzieć jak pewna młoda dziewczyna ochrzczona w wieku 19 lat, a umierająca w wieku 24 lat: "Nic nie zrobiłam po ludzku, nic nie zrobiłam w wymiarze nadprzyrodzonym, jestem gotowa do przyjęcia Bożego Miłosierdzia".

Warto żyć sto lat, aby być zdolnym uczynić tego rodzaju akt wiary, jedyny, który liczy się naprawdę i którego oczekuje Jezus. Jeśli jednak żyło się długo, może to być trudniejsze z powodu wszystkiego, co trzeba oddać, a zwłaszcza z powodu naszych roszczeń. Jesteśmy przeciążeni bagażami (ciernie z przypowieści, które czynią życie trudnym, i z którymi nie przejdziemy przez ciasną bramę); zostawcie więc bagaże i wsiadajcie do pociągu, nie troszcząc się o to, co z nimi się stanie!

Jaka jest ta miłość, która tak pociąga nas swoim urokiem, która nas podnosi i wyzwala?

Spójrzmy najpierw na poruszenie serca dobrego łotra, Marii Magdaleny, poruszenie, które sprawiło, że o. Ratisbonne płakał, i które sprawi, że i my pewnego dnia zapłaczemy...

Co się dzieje? Żadna ludzka psychologia nie ma tu nic do powiedzenia. Bywają - i bywały - chwile w naszym życiu, gdy przeczuwamy Królestwo Niebieskie. Wyobraźcie sobie człowieka żyjącego do trzeciego czy czwartego roku życia w cudownym kraju, którego już potem nigdy nie widział, i który nagle poczuł zapach przypominający mu tamten kraj - coś bardzo nieuchwytnego, przelotnego, tajemniczego, lecz mimo to mocnego... To tak, jakby zbliżało się do morza: powietrze nie jest już takie samo - to wiatr z Nieba, tchnienie Ducha Świętego.

Wszyscy odczuliśmy to pewnego dnia - tylko tak możemy zostać pociągnięci ku Bogu. Nie zostaje się chrześcijaninem, pod wpływem przekonania, że tak jest doskonalej, lecz dlatego, że nie można postąpić inaczej.

(fragment książki o.Marie-Dominique Molinie OP Przyzwolić na wszystko)


powrót

Ta strona korzysta z plików cookies.

Akceptuję Jeśli nie akceptujesz...