Zachwyt codziennością jako lekarstwo na zniechęcenie

el

 

Zniechęcenie, postawa rezygnacji wobec piętrzących się problemów, ponawiane bezskutecznie próby ich rozwiązania oraz wszechobecny brak czasu, stają się coraz częściej udziałem wielu ludzi. Czy osoba żyjąca ponad sto lat temu, zamknięta w klauzurze i zanurzona w głębokiej duchowości Karmelu, może dać nam konkretny przykład, jak radzić sobie z tym niszczącym nas zachowaniem? Otóż może...

 

Po pierwsze, według św. Elżbiety w życiu nie ma przeszkód, a wszelkiego rodzaju trudności stają się środkiem do wzrostu w wolności, do umocnienia własnej osobowości, do dojrzewania w drodze do Boga. A zatem każda mogąca nas powalić z nóg kłoda to sposobność do rozwoju. W jaki sposób? Zobaczmy?

 

Czy Elżbieta w swoim życiu, trwającym zaledwie 26 lat, mogła ulec zniechęceniu? A jeśli tak, to czym mogła się zniechęcić? Spójrzmy na konkretne fakty:

 

1. Elżbieta mogła zniechęcić się własnym charakterem i temperamentem. Z natury bowiem była cholerykiem impulsywnym. Nie tolerowała żadnego sprzeciwu i musiała osiągnąć to, co zamierzyła. Aby nie ranić innych ciągle czuwała i pilnowała swojego zachowania. Ale ile da się ustępować? Mogła się zniechęcić w tej materii, ale tego nie zrobiła - pracowała wytrwale do ostatnich dni swego życia.

 

2. Święta mogła ulec zniechęceniu, jeśli chodzi o fakt szczególnego postrzegania rzeczywistości. Posiadając niezwykłe wyczucie na piękno, na sztukę, na muzykę, często była niezrozumiana przez innych. Mogła się zniechęcić i próbować upodobnić się do innych, ale tego nie uczyniła. Do końca swoich dni posiadała umiejętnością zachwytu.

 

3. Ta młoda karmelitanka mogła iść za podszeptami zniechęcenia w budowaniu relacji z drugim człowiekiem. W swoich przyjaźniach nigdy nie była powierzchowna, co wymagało od niej jednak niezwykłego poświęcenia - żyła duchem ofiary do końca.

 

4. Ta niezwykła osoba mogła się zniechęcić niespotykaną otwartością na Boga, przejawiającą się w pragnieniu ciągle czegoś więcej. Niedosyt i tajemnica - to był jej codziennych chleb, który jednak nie zniechęcił Elżbiety. Starała się poznawać Boga, aż do ostatniego dnia życia, mając świadomość, że i tak nie jest w stanie pojąć Jego istoty.

 

5. Utalentowana pianistka mogła zniechęcić się w grze na fortepianie. Otóż, zdobywszy pierwszą nagrodę w konkursie fortepianowym organizowanym w jej rodzinnym mieście - Dijon, straciła ją ze względu na panujące układy polityczne. Nagroda niesprawiedliwie została przydzielona synowi burmistrza, a Elżbieta musiała się zadowolić drugim miejscem. Po tym wydarzeniu mogła rzucić fortepian, muzykę i ulubionego Chopina. Nie uczyniła tego. Do momentu wstąpienia do Karmelu z pasją kontynuowała grę na pianinie.

 

6. Nastoletnia Elżbieta mogła ulec zniechęceniu wobec modlitwy wstawienniczej za grzeszników. W tym miejscu przytoczę historię właściciela kamienicy, w której mieszkała Święta. A mianowicie, miesiąc przed rozpoczęciem misji parafialnych w 1899 roku, Elżbieta wiedziała, o co będzie prosić. Na sercu leżała jej sprawa nawrócenia wyżej wspomnianego wściela kamienicy. O dziwo, w drugi dzień trwających przez cały miesiąc misji w kościele pojawił się pan Chapuis. Elżbieta czuła się wysłuchana. Niestety po trzech dniach zostawił, ze względu na chorobę, nauki rekolekcyjne. Wobec tej sytuacji Elżbieta chciała nawet sprowadzić księdza. Na szczęście pan Chapius powrócił do zdrowia i uczestniczył w nauce o nawróceniu, nie przystąpił jednak do spowiedzi...

 

Matka Elżbiety w wielkim strachu zachęcała go do spowiedzi, nawet sprowadziła misjonarza do kamienicy, ale bez skutku. Elżbieta wobec takiego przebiegu sytuacji skwitowała: nie modliłam się wystarczająco, i dalej kontynuowała modlitwę. O dziwo pan Chapuis zmarł w imieniny Elżbiety, 19 listopada, ale ona nie wiedziała, że na swoją prośbę został zaopatrzony przed śmiercią w sakramenty. Mogła się zniechęcić w tej bezskutecznej po ludzku modlitwie. Jej wytrwałość przyniosła konkretny owoc, którego radości jednak nie doświadczyła na ziemi.

 

7. Dalej nasza Święta mogła ulec zniechęceniu w realizacji powołania do Karmelu. Otóż w wieku 17 lat Elżbieta otwarcie wyraziła chęć wstąpienia do klasztoru karmelitanek. Matka nie tylko, że zanegowała powołanie córki, ale próbowała na wszelkie sposoby odciągnąć ją od Karmelu: po pierwsze, koniec odwiedzania klasztoru, następnie poszukiwanie kandydata na męża, bale, zabawy, wyjazdy letnie. Bezskutecznie. Elżbieta dzielnie znosiła tę sytuację. Nie zniechęcała się i czekała. W 1899 roku matka po nauce misyjnej dotyczącej prób negowania powołania swoich dzieci, zgodziła się na wstąpienie córki do Karmelu, ale dopiero w wieku 21 lat. Co ciekawe, już po kilku dniach zapomniała o swojej decyzji i zaoponowała Elżbiecie nowego kandydata na męża. Nasz Świeta odpowiedziała: "moje serce nie jest już wolne, należy do Króla królów". Przez jakiś czas nawet Małgorzata, rodzona siostra Elżbiety, dała się wprowadzić w grę matki.

 

To był największy ból dla Elżbiety, nie móc dzielić swoich największych pragnień z osobą, którą najbardziej kochała. Mowa o matce, która zdołała nawet zatrzymać Elżbietę w klasztorze w Dijon, ponieważ według wcześniejszych planów córka miała udać się do powstającego klasztoru w Para les Moniales. Następnie matka dzięki szczególnym względom u miejscowego biskupa, otrzymała pozwolenie na częstsze odwiedziny córki w klasztorze. To również dzięki jej inicjatywie wykonano kilkanaście zdjęć Elżbiecie będącej już w klauzurze.

 

Jakie było zachowanie naszej Świętej: nie zniechęcała się niedojrzałą postawą matki. Poprzez listy i wizyty w Karmelu stała się dla niej nawet kierownikiem duchowym. Elżbieta do tego stopnia wychowała matkę, że ta, po jej śmierci, czyni dokładnie to, o co wcześniej prosiła ją córka, a mianowicie, klęka, całuje krzyż i powtarza słowa córki wypowiedziane 30 października: Pan dał, Pan zabrał niech imię Pańskie będzie błogosławione. Dzięki wytrwałości i nieuleganiu zniechęceniu Elżbieta sama umocniła swoje powołanie i wychowała własną matkę.

 

8. Elżbietę mogła się dosyć mocno zniechęcić sytuacją Kościoła francuskiego. I tak, w 1880 roku zostały ogłoszone pierwsze dekrety antyklerykalne III Republiki skutkiem czego zlikwidowano 261 klasztorów klauzurowych. W 1903 roku została zamknięta na kult publiczny kaplica Karmelu, a Matka Germana (przeorysza) udała się do Belgii w poszukiwaniu schronienia dla swoich sióstr. W 1905 roku przegłosowano ustawę o rozdzielaniu Kościoła od państwa, z zagarnięciem dóbr kościelnych i usunięciem wspólnot zakonnych.

 

Wobec tej sytuacji Elżbieta wiedziała, jaka jest jej rola. Nie bawiła się w polityka. Będąc mniszką modliła się za swoją biedną Francję, ofiarując za nią swe cierpienia.

 

9. Jako karmelitanka Elżbieta mogła się zniechęcić ciemnościami wiary, jakich doświadczyła w nowicjacie. Ta, która odczuwała niezwykła bliskość Boga - Trójcy, ta która czuła się zamieszkana przez Boga nagle odczuła, że Bóg się oddalił, wręcz nie doświadczała Jego obecności. To już nie zasłony, ale grube mury przesłaniały jej Stwórcę. Pomimo tego trwała w tych ciemnościach nie szukając wyjaśnień. Nie pojmowała, dlaczego taki dziwny stan ją dotyka, ufała, że tak musi być. Na zewnątrz nikt nie zauważał żadnej zmiany. O wszystkim wiedziała tylko przeorysza. Ciemności rodziły nawet wątpliwości związane ze złożeniem ślubów. Za zachętą kapłana dzień przed profesją Elżbieta podjęła decyzję złożenia ślubów. Ciemności minęły. Mogła się zniechęcić, obniżyć poprzeczkę swojej wiary, ale tego nie uczyniła.

 

10. W końcu choroba i cierpienie. Niedoczynność kory nadnerczy, problemy z trawieniem: Elżbieta nie mogła spać, jeść i pić - oto skutki choroby Addisona, w jej czasach nieuleczalnej. Rozpoczęła się w 1903 roku, a nasiliła w marcu 1906. Nasza niezwykła karmelitanka mogła ulec podszeptom zniechęcenia w trakcie tej bolesnej próby. Mogła zadawać pytania, dlaczego ja? Ale Elżbieta nie zniechęciła się przerastającym ją bólem. "Mój umiłowany kapłanie! - pisze do przeoryszy - Twoja mała hostia bardzo, bardzo cierpi; to jest pewien rodzaj fizycznej agonii. Ona czuje się tak bardzo tchórzliwa, tak tchórzliwa, że chciałaby krzyczeć! Ale Istota, która jest Pełnią Miłości ją odwiedza, dotrzymuje jej towarzystwa, wprowadza ją w społeczność z Nim, gdy tymczasem On jej pozwala zrozumieć, że dopóki ją zostawi na ziemi, będzie jej przydzielał boleści".

 

Wielki pokój i prawdziwa radość łączyły się w niej z nieopisanym cierpieniem, tak wielkim, że pojawiały się nawet myśli samobójcze. Opowiada matka przełożona: Nigdy, w ciągu ośmiu miesięcy choroby nie zauważyłam w niej ani zmęczenia cierpieniem, ani widocznego wysiłku noszenia krzyża - przeciwnie, pogodę ducha i oddanie się woli Bożej. Pewnego razu powiedziała mi: "Tak samo łatwo jest cierpieć jak się radować". A jednak pewnego dnia, na końcu spotkania, na którym była jak zwykle pogodna, kiedy już odchodziłam, wskazując okno, bardzo blisko łóżka, powiedziała mi: "Matko, czy matka spokojnie zostawia mnie tu samą"?, a ponieważ patrzyłam na nią zdziwiona tym pytaniem, dodała: "Cierpię tak bardzo, że teraz rozumiem samobójstwo. Ale niech matka będzie spokojna - jest Bóg, który mnie strzeże ".

 

Podobnie zwierzała się swojemu lekarzowi: "Dziś w nocy cierpiałam tak straszliwie, że przyszła mi na myśl pokusa rzucenia się z okna, ale powiedziałam sobie: nie tak ma cierpieć karmelitanka".

 

Już na początku choroby, włoski specjalista - doktor Martinoli, ostrzegał matkę przełożoną, że chora może miewać wahania nastroju, stany depresyjne i drażliwości, które z pewnością ją nękały i mogły utrudniać życie wspólnocie. A kiedy matka przełożona powiedziała, że Elżbieta nie okazywała niczego podobnego, bez wahania odrzekł: A więc jest świętą! Później, gdy już ją zbadał, słyszano, jak mówił do siebie: Ile posłuszeństwa ma w oczach ta młoda siostra!

 

Pierwszy widoczny atak nastąpił w Niedzielę Palmową (8 kwietnia 1906 roku) - udzielono jej Sakramentu Namaszczenia i Wiatyku. Po bardzo ciężkim Wielkim Piątku, niespodziewanie poczuła się lepiej. Mogła sama o tym opowiedzieć: "Od końca marca jestem w infirmerii, leżę w łóżku nie mając żadnego innego zajęcia, oprócz miłowania. Wieczorem w Niedzielę Palmową miałam bardzo silny atak [...]. W ciszy i milczeniu tej nocy otrzymałam Ostatnie Namaszczenie i odwiedziny mojego Mistrza. Wydaje mi się, że On oczekiwał tej chwili, aby zerwać moje więzy. [...] Jakże przyjemna i słodka jest śmierć dla dusz, które miłowały tylko Jego [...]. Byłam bardzo szczęśliwa, że umieram jako karmelitanka".

 

Kolejny atak nastąpił 13 maja i od tego czasu czuła się już tylko gorzej - w ostatnich miesiącach oprócz odrobiny mleka (szklanka wystarczała jej "za cztery posiłki") dawano jej possać kawałek czekolady i odrobinę cukru, a sama łyżeczka rosołu wywoływała ogromne bóle i wymioty. Napisze sama: "Widzisz, że badam swój żołądek i robię wszystko, co mogę, żeby nie pozwolić mu umrzeć z głodu, a czynię to z miłości do Pana Boga. Kochana mamusiu, wszystko polega na intencji, bo dzięki niej możemy ofiarowywać najmniejsze nawet rzeczy, przemieniać najzwyklejsze nawet akty życia na akty boskie! Dusza, która żyje zjednoczona z Bogiem, wykonuje tylko czyny nadprzyrodzone, a najbardziej pospolite czynności, zamiast ją od Niego oddzielać, wprost przeciwnie, coraz bardziej zbliżają ją do Niego".

 

"Mam wrażenie, jakby dzikie bestie pożerały mi żołądek"-mówiła swojej matce przełożonej. A gdy ataki stawały się coraz gwałtowniejsze, kierowała się z wysiłkiem w stronę balkoniku wychodzącego na kaplicę aby schronić się -mówiła - w modlitwie jej boskiego Mistrza, i dodawała: "Tak bardzo potrzebuję Jego boskiej siły".

 

Poprzez posłuszeństwo zdołała przejść kilka kroków na tarasie klasztoru (sama się temu dziwiła jak cudowi): "Przedwczoraj, kiedy nasza matka przyszła, ja czułam się bardzo zmęczona i powiedziałam jej, że chodziłam. Ona odpowiedziała mi, że zamiast to opowiadać, lepiej zrobię, gdy będę usiłować chodzić. Tak bardzo lubię być jej posłuszna! Kiedy zostałam sama, spróbowałam przy brzegu łóżka, ale poczułam się bardzo niedobrze. Poprosiłam siostrę Teresę od Dzieciątka Jezus, nie żeby mnie uzdrowiła, ale żeby mi przywróciła nogi i abym mogła chodzić. [...] Nasza dobra matka zaprowadziła mnie pod rękę na taras. Jestem dumna z moich wyjść i powrotów. I dodaje, siląc się na żartobliwy ton: Gdybyś mnie widziała, jako poczciwą staruszkę pochyloną na moim kiju, uśmiałabyś się".

 

Z lekarzem, który leczył ją aż do śmierci, Elżbieta utrzymywała przyjacielskie stosunki, troszcząc się o niego i jego duszę: Nigdy - powiedział lekarz - nie widziałem takiej siły i pogody ducha w cierpieniu. Ona znosi prawdziwe męczeństwo.

 

To pragnienie nieba, które skłaniało lekarza do stwierdzenia: Nie da się leczyć takiej chorej jak siostra, siostra nie chce żyć, myśli tylko o niebie i śmierci, zostało w końcu oczyszczone w trakcie choroby. Elżbieta nie zniechęciła się wobec piętrzącego się bólu i cierpienia, nie uległa postawie użalania się na sobą, nie uczyniła z siebie cierpiętnika, lecz ofiarowywała swoje cierpienia za innych. Nie szukała cierpienia, ale się go bała, aczkolwiek kiedy przyszło w postaci choroby Addisona, przyjęła je.

 

Oto lista z pewnością jeszcze niekompletna, ale dająca nam zrozumieć, jakim sytuacjom musiała stawić czoła młoda Elżbieta. Dlatego sama nauczona doświadczeniem mówi nam, że największą pułapką w naszym życiu jest zniechęcenie, postawa, która wyraża się w słowach: nie warto, a po co, a co ja z tego będę miał, nie opłaci się, brakuje mi sił...

 

Spójrzmy na jej pisma poruszające temat zniechęcenia:

 

"Nie zniechęcać się. Trudniej jest dźwignąć się ze zniechęcenia niż z grzechu" (dziennik 28.03.1899, tom III, strona 260);

 

Wytrwałość. Żeby wytrwać, trzeba:

 

A) Mieć mocne postanowienia; nie trzeba podejmować ich zbyt wiele.

 

B) Nie zniechęcać się. Trudniej jest powstać ze zniechęcenia aniżeli z grzechu. Nie wpadać w niepokój, gdy nie stwierdzamy postępu w stanie duszy. Bóg często pozwala na to, aby nas uchronić przed uczuciem pychy. Ach, On umie widzieć nasze postępy i liczyć wszystkie nasze wysiłki.

 

"Usuń zniechęcenie z twojego słownika miłości" (List 300, 16 lipca 1906, tom II, strona 471;)

 

do siostry: "Kochana siostrzyczko, trzeba wykreślić słowo "zniechęcenie" z twojego słownika miłości. Im bardziej odczuwasz swoją słabość, swoją trudność skupiania się, im bardziej Mistrz zdaje się ukrywać, tym bardziej powinnaś się cieszyć, albowiem wtedy Mu się oddajesz. A czyż nie wiesz, że kiedy kochamy, lepiej jest dawać aniżeli brać - Bóg mówił do świętego Pawła: "Wystarczy ci mojej łaski! Moc bowiem w słabości się doskonali". I ten wielki święty tak dobrze to zrozumiał, że aż zawołał: "Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć moc Jezusa Chrystusa mieszka we mnie". Czy to jest ważne, co odczuwamy? On jest niezmienny, jest Tym, który nigdy się nie zmienia. On ciebie miłuje dzisiaj tak, jak cię miłował wczoraj, jak będzie cię miłował jutro. Jeśli nawet sprawiłaś Mu przykrość, przypomnij sobie, że przepaść przyzywa przepaści, oraz że przepaść twojej nędzy, Gosiu, przyzywa przepaść Jego miłosierdzia".

 

Mylność ludzkiego odczuwania (List 251, 26 listopada 1905, tom II, strona 359;); do pani Angles:

 

"Nic nie powinno wydawać się pani przeszkodą, by pójść do Niego. Proszę nie przejmować się tym, że raz jest pani zapalona, a innym razem zniechęcona. Takie jest prawo wygnania, że przechodzimy z jednego stanu do drugiego. Zatem proszę wierzyć, że On się nie zmienia nigdy, że w swojej dobroci zawsze pochyla się nad panią, by ją unieść i umieścić w sobie. Jeśli zaś, mimo wszystko, pustka i smutek ogarną panią, proszę łączyć to konanie z agonią Mistrza w Ogrodzie Oliwnym, kiedy On mówił do Ojca: "Jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich". Droga pani, może to zapomnienie o sobie wydaje się pani trudne. Proszę się tym nie martwić. Gdyby pani wiedziała, jakie to proste... Zdradzę pani mój "sekret": proszę myśleć, że Bóg mieszka w pani, a pani jest Jego świątynią".


Chwalić Boga słabością (noc wychwala Boga), niemoce, które głoszą chwałę Boga (Ostatnie rekolekcje, dzień 7, tom III, strony 419-421). Ps 18. "Caeli enarrant gloriam Dei". Oto co opowiadają Niebiosa: chwałę Boga. "Noc nocy podaje wiadomość". Oto coś bardzo pocieszającego! Moje niemoce, moje obrzydzenia, moje ciemności, a nawet moje winy opowiadają chwałę Przedwiecznego! Moje cierpienia duszy lub ciała także opowiadają chwałę mojego Mistrza! Dawid śpiewał: "Cóż oddam Panu za wszystko, co mi dobrze uczynił"? Oto: "Kielich zbawienia wezmę". Tak, biorę go, biorę ten kielich cały purpurowy od Krwi mego Mistrza, i w dziękczynieniu, cała radosna, zmieszam moją krew z Krwią świętej Żertwy, a ona w jakimś stopniu nabierze wartości nieskończonej i będzie mogła oddawać wspaniałą chwałę Ojcu; a zatem moje cierpienie jest wiadomością przekazującą chwałę Przedwiecznemu".


I na koniec, jakie wskazówki daje nam Elżbieta, aby przeciwstawić się zniechęceniu. Dwa słowa klucze: zachwyt i codzienność.

 

Po pierwsze, nasza Święta zawsze szukała pozytywnego sposobu oceniania sytuacji. W ten sposób znalazła skuteczne lekarstwo, a jest nim zachwyt tym, co najprostsze, radość z tego, co najbardziej zwyczajne, wdzięczność za wszystko, za najmniejszy drobiazg. Wsłuchajmy się w słowa jej modlitwy. W jej pierwszej części spotkamy się z wielkimi pragnieniami Elżbiety i krótkim momentem zawahania - małego zniechęcenia (czuję moją niemoc). W drugiej części Elżbieta prosi o dar zachwytu, który pozwoli jej przejść ponad każdą piętrzącą się trudnością.

 

"O mój Chryste ukochany, ukrzyżowany przez miłość, chciałabym być oblubienicą dla Twego Serca, chciałabym Cię okryć chwałą, chciałabym Ciebie ukochać... aż do śmierci z [miłości]! Ale czuję moją niemoc i proszę Cię, abyś mnie "okrył Tobą Samym", byś utożsamił moją duszę z wszystkimi poruszeniami twojej duszy, abyś mnie zanurzył, abyś mnie zagarnął, abyś Sobą mnie zastąpił, aby moje życie było jedynie promieniowaniem Twojego życia. Przybądź do mnie, jako Wielbiący, jako Wynagradzający i jako Zbawiciel.


O Słowo odwieczne, Słowo mego Boga, chcę spędzić me życie na słuchaniu Ciebie, chcę uczynić siebie całkowicie pojętną, by nauczyć się wszystkiego od Ciebie. A następnie, poprzez wszystkie noce, wszystkie pustki, wszystkie niemoce, chcę wpatrywać się w Ciebie i mieszkać w twoim świetle; O moja Gwiazdo ukochana, zachwyć mnie, abym nie mogła już wyjść z kręgu Twego promieniowania".

 

Drugim antidotum wobec pokus zniechęcania jest otwartość na codzienne Boże stwarzanie: cieszę się tym, co niesie dzień i jestem otwarty na każdą nowość. Posłuchajmy jej modlitwy.

 

"Uspokój moją duszę, uczyń z niej Twoje niebo, Twoje mieszkanie ukochane i miejsce twego odpoczynku. Abym tam nigdy nie pozostawiła Ciebie samego, lecz abym tam była całkowicie całą, cała rozbudzona w wierze, cała wielbiąca, cała wydana na Twe stwórcze Działanie".

 

Po tak wnikliwej analizie postępowania Elżbiety śmiało możemy powiedzieć, że w życiu nie ma przeszkód, lecz środki, nie ma problemów tylko wyzwania, a wolność rodzącą szczęście daje nam codzienna wdzięczność i otwartość.

 

o. Mariusz Wójtowicz OCD

Ta strona korzysta z plików cookies.

Akceptuję Jeśli nie akceptujesz...