s. Judyta

13.08.2018

 

Wychowałam się w katolickiej rodzinie, w której wiara moich dziadków była mocno podkreślana i kultywowana. Jednak wiarę straciłam w okresie licealnym. Moi rodzice poznali się na studiach, po których wyjechali za pracą na północ Polski - do Słupska. Tam też się urodziłam, co widzę jako owoc Miłości mojego Boga Ojca. Mogę też zdradzić, że tuż po moich narodzinach Bóg zaopiekował się mną w sposób szczególny, gdyż czekała mnie operacja mojej twarzy, jednak rodzice zainwestowali w jej rehabilitację, sprzedając na ten cel ziemię i dom, który zaczęli budować. Rehabilitacja powiodła się, a ja zamiast Klara otrzymałam imię Judyta.


Pierwsze lata życia spędziłam na wsi, od dziecka kochałam przyrodę. Rodzice zaszczepili we mnie również miłość do Tatr, w które pierwszy raz zabrali mnie, gdy miałam 6 lat. Od tamtego czasu jeździłam w nie co roku. Tatry stały się moją pasją, chociaż powód chodzenia po nich zmieniał się wraz z moją wędrówką duchową. Wpierw pociągało mnie zdobywanie wysokich szczytów i wysiłek z nim związany, później otwarłam oczy na  głębię i majestat gór. Zdawało mi się, że mówią do mnie swoją Wielką Ciszą, a ja je rozumiałam. Tatry kochałam w każdej pogodzie, a ich dzikość stała mi się przyjazną. W okresie studenckim wiele podróżowałam ze znajomymi z Akademickiego Klubu Górskiego, spełniając pragnienie spania w namiocie rozbitym wśród wysokich skał.


Bóg mówił do mnie również przez muzykę, którą uważałam za najwyższą ze sztuk. Wszystko, co nie potrzebuje słów, aby wyrazić to, co najgłębsze wydawało mi się pochodzące od Boga. W okresie studiów (polonistycznych) zgłębiałam te zainteresowania odkrywając tajniki filozofii muzyki. Po okresie dwóch lat, który przyniósł mi rozczarowanie podjętymi studiami, badania filozoficzno-muzyczne były tak odkrywcze i inspirujące, że miałam możliwość kontunuowania badań już po obronie. Podjęłam jednak decyzję pójścia do pracy w szkole. Literatura sama w sobie i pisanie nigdy nie były moją pasją, do tego zmagałam się całe życie z lekką dysleksją, zresztą dzięki której rozumiałam wielu moich późniejszych uczniów. Nie chciałam iść w kierunku akademickim, czułam się przytłoczona książkami, za to odkrywałam w sobie pragnienie spotkania młodych ludzi. Do szkoły poszłam świadomie i dobrowolnie ? W międzyczasie podjęłam też studia logopedyczne. Ten twórczy okres był owocem pewnego odkrycia, które wywróciło mi życie do góry nogami.


Otóż pod koniec drugiego roku studiów przeżyłam swoje pierwsze nawrócenie. Śmierć św. Jana Pawła II była dla mnie momentem zwrotnym, doświadczyłam przeogromnej Miłości Boga, a ponieważ żyłam wtedy od kilku lat w grzechu, decyzja o pójściu w kierunku przedziwnego Światła była decyzją o radykalniej zmianie życia. Był to moment wielkiej łaski i mocy Jezusa Miłosiernego. Od tamtego czasu zaczęłam szukać woli Bożej. Doświadczyłam, że źródłem Miłości jest Bóg.


O Karmelu dowiedziałam się przez przeczytanie biografii Edyty Stein (autorstwa s. Immakulaty Adamskiej), której postać mnie zafascynowała. Zaczęłam szukać woli Bożej jeszcze intensywniej, wyjechałam nawet do Usola Syberyjskiego na zaproszenie albertynek, gdyż wiedziałam, że w tym samym mieście znajduje się Karmel. Wtedy też zaczęłam snuć "sen o Karmelu" (pogłębiany lekturami świętych karmelitańskich), z którego jednak po kilku latach zostałam (boleśnie) obudzona. Jezus pozwolił na to, aby pociągnąć mnie w głąb swojej woli. Zburzył moje wyobrażenia i ideały, a pokazał mi Siebie pomiędzy tymi, którzy miłują się wzajemnie. I tak jadąc do Wałbrzycha na spotkanie z rodzicami bł. Chiary Luce Badano czułam się jak zburzona świątynia, ale wracając z tego spotkania, czułam, że znalazłam Perłę.


Jezus pociągnął mnie do Focolare, gdzie dał mi zasmakować nowej jakości relacji i daru wspólnoty. Widziałam tam ludzi szczęśliwych i zadawałam sobie pytanie o powód ich szczęścia. Zaczęłam słuchać o woli Bożej ukrytej w Chwili obecnej, o Jezusie w drugim człowieku, o Jezusie, który rodzi się między ludźmi i o Jezusie Opuszczonym. Jezus pokazywał mi, ze miłość jest konkretna i jakby bardzo malutka. Zaczęłam powoli wprowadzać Słowo w życie i zobaczyłam pierwsze dobre owoce. Wtedy też na nowo przeczytałam Dzieje duszy św. Teresy z Lisieux i dopiero wtedy zrozumiałam je sercem. Krótko potem znalazłam się w Karmelu w Gnieźnie, gdyż przy całej jasności tego focolarskiego okresu nie dawało mi spokoju pytanie o modlitwę. Tęskniłam za spotkaniem z Bogiem sam na sam. Podczas pierwszego pobytu w Karmelu otrzymałam odpowiedź Boga na swoje pytanie i było to jak wytryskująca ze skały woda. Jednak czułam i byłam pewna, że mam jeszcze wrócić do świata.


Przeprowadziłam się do Śremu, tam podjęłam pracę w nowej szkole, po prostu uczyłam się zwyczajnego życia. W pracy szybko przekonałam się, ze rozmowa z młodymi ludźmi daje mi satysfakcję, a i odżyły we mnie zainteresowania teatralne, co posłużyło mi jako przestrzeń do budowania relacji z moimi uczniami. Język polski, który wykładałam, był tylko narzędziem do słuchania moich podopiecznych. Najpierw uczyłam tylko gimnazjalistów, a potem również dzieci - co okazało się zaskakującym prezentem od Jezusa. Dzieci szybko mnie nauczyły, że wystarczy z nimi być - co często oznacza bawić się - aby one mnie słuchały. Zabawa w teatr okazała się sposobem na "trudny język polski". Dzięki dzieciom odkrywałam w sobie radość i delikatność, a przy młodzieży uczyłam się wytrwałości w kochaniu. Był to okres sukcesów i wielu porażek, o czym najlepiej wiedzą moi uczniowie.


Po pięciu latach od mojego pierwszego pobytu w Karmelu w Gnieźnie przyszedł moment ostatecznej odpowiedzi Bogu. 3 maja 2017r. odpowiedziałam Jezusowi TAK, co uznaję za łaskę nowych narodzin.

Judyta

Ta strona korzysta z plików cookies.

Akceptuję Jeśli nie akceptujesz...