Nowenna do św. Teresy od Dzieciątka Jezus - Dzień Dziewiąty (Ostatni)

Cały dzień bez chwili przerwy, można powiedzieć bez przesady, pozostawała w prawdziwych mękach. Wydawała się u kresu sił, a jednak ku naszemu wielkiemu zdziwieniu mogła się poruszać i usiąść na łóżku.

 

Nie wierzę już w moją śmierć... Wierzę tylko w cierpienie... Dobrze, tym lepiej...

Mój Boże! Kocham dobrego Boga!

Moja Dobra Panno Najświętsza, przybądź mi z pomocą!

Jeżeli to jest agonia, to czym jest śmierć?

Mój dobry Boże... Tak, On jest dobry, wiem, że jest dobry...

 

Do Przeoryszy:

 

Matko, zapewniam cię, że kielich jest pełen po brzegi...

Ale Pan Bóg mnie nie opuści, na pewno...

Nie opuścił mnie nigdy...

Tak, mój Boże, wszystko co zechcesz, ale zmiłuj się nade mną!

Moje siostry, módlcie się za mnie!

Boże, Boże, Ty, który jesteś taki dobry!

Tak, jesteś dobry, wiem o tym...

 

Po nieszporach Nasza Matka powiedziała jej, że jest dobrze przygotowana na smierć, bo zawsze rozumiała i praktykowała pokorę. Pomyślała chwilę i z pokorą powiedziała te słowa:

 

Tak, wydaje mi się, że zawsze szukałam jedynie prawdy: tak, zrozumiałam pokorę serca... Wydaje mi się, ze jestem pokorna.

 

Wszystko co pisałam o moim pragnieniu cierpienia - to jednak jest prawdą.

... nie żałuję, że oddałam się Miłości. Nie, nie żałuję tego. Przeciwnie!

 

Nieco później:

 

Nigdy nie przypuszczałam, że można tyle cierpieć. Nigdy! Nigdy! Nie moge tego wytłumaczyć inaczej jak tylko moim gorącym pragnieniem zbawiania dusz.

 

Około godziny piątej byłam przy niej. Twarz jej nagle się zmieniła, zrozumiałam, że to ostatnia godzina. Gdy Zgromadzenie weszło do infirmerii powitał wszystkie siostry uśmiechem pełnym słodyczy. Trzymała swój krucyfiks i nieustannie nań spogłądała.

 

Ponad dwie godziny straszne rzężenie rozdzierało jej piersi. Twarz jej zsiniała, ręce stały się fioletowe, nogi miała zlodowaciałe i drżała na całym ciele. Stale zwiększająca się duszność sprawiała, że oddychając wydawała czasem mimo woli słabe okrzyki.

 

Wreszcie kilka minut po siódmej westchnęła:

 

Czy to jeszcze nie konanie? Czy nie umrę?

 

Tak, to konanie, lecz Pan Bóg chce je może przedłużyć o kilka godzin. Odrzekła z odwagą:

 

A więc dobrze... dobrze... Nie chciałabym krócej cierpieć...

 

Patrząc na swój krzyż:

 

Kocham Go... Mój Boże, kocham Cię...

 

Nagle wypowiedziawszy te słowa, opadlła powoli do tyłu, z głową przechyloną na prawo. Twarz jej przybrała barwę lilii, jaką miała w pełni zdrowia, oczy jej jaśniejące szczęściem i radością utkwione były w górze. Przy świetle powieki jej nawet nie drgnęły. Ta ekstaza trwała mniej więcej przez czas jednego Credo, potem oddała ostatnie tchnienie.


Miała 24 lata.

 

 


powrót

Ta strona korzysta z plików cookies.

Akceptuję Jeśli nie akceptujesz...