bł.Elżbieta od Trójcy Świętej (1880-1906)


O momencie sakramentalnego spotkania z Jezusem czytamy w jej Dzienniczku: "Nie mówiliśmy do siebie. Miłowaliśmy się. Moja dusza stała się mieszkaniem Boga, Pan posiadł me serce. Posiadł, tak dalece, że od tej godziny, od tej tajemnej rozmowy, od chwili tego boskiego, pełnego rozkoszy obcowania nie mam już innych tęsknot, jak oddać Mu życie, odwzajemnić choć trochę Jego wielką miłość w Eucharystii. (...) O, święty, piękny dniu, kiedy Jezus wszedł do mnie i w głębi duszy pozwolił mi usłyszeć swój Głos...".


W 1887 roku zmarł ojciec Elżbiety i znaczne pogorszenie się sytuacji finansowej rodziny zmusiło jej matkę do przeprowadzki do Dion. Zamieszkały tam w pobliżu klasztoru karmelitanek bosych. To właśnie bliskość Karmelu będzie już w niedługim czasie wyznaczać rytm życia Elżbiety. Jako kilkunastoletnia dziewczyna doświadczała pierwszych łask mistycznych. Była piękna, radosna i naturalna w sposobie bycia, budziła ogólną sympatię. Lubiła muzykę, sama doskonale grała na pianinie.
Rozpoczął się okres dorastania i dojrzewania Elżbiety. Matka dbająca zarówno o jej edukację, jak i o wychowanie towarzyskie i artystyczne, prowadzała Elżbietę na różnego rodzaju spotkania i przyjęcia. Tutaj jest osobą zauważaną, nie tylko ze względu na urodę, ale przede wszystkim ze względu na coś, co emanuje z całej jej osobowości. Elżbieta jest postrzegana jako osoba wyjątkowa, nie tylko w towarzystwie, ale również na scenie muzycznej - w konkursie fortepianowym w 1893 roku zdobyła pierwszą nagrodę. Życie światowe, pełne atrakcji i przyjemności jest dla Elżbiety - choć nie daje tego poznać - jedynie marginesem. Prawdziwym jej światem i miejscem przebywania jest głębia serca, gdzie przebywa w komunii z Chrystusem - jej Jedynym Umiłowanym. Radowała się z zaproszeń do bogatych i wytwornych domów, a przecież właśnie pośród najlepszej zabawy chciała się znaleźć przy tabernakulum, aby dotrzymać towarzystwa Chrystusowi.
Do osiemnastego roku życia pozostała beztroską dziewczyną, ceniącą stroje i podróże. Lubiła dalekie wojaże, zwiedziła różne zakątki Francji, doznała uszczęśliwiającego "zawrotu głowy" w Pirenejach, do tego stopnia, że sądziła, że bez nich życie nie będzie już miało dla niej uroku.
Elżbieta liczyła zaledwie 14 lat, gdy złożyła w swym sercu ślub czystości i usłyszała wezwanie do Karmelu, na które odpowiedziała "tak". Oczywiście, nie mogła wtedy o niczym decydować. Mijały dni, miesiące, lata. Postanowiła wreszcie wyznać matce swe pragnienie całkowitego oddania się Bogu. Jej matka zareagowała ostro. Ograniczyła córce chodzenie do kościoła, przystępowanie do Komunii świętej, a nade wszystko zabroniła odwiedzać siostry w Karmelu. Chciała w ten sposób zapobiec jej - jak myślała - wybujałej religijności. Elżbieta poddała się z bólem rozkazom matki. W tym jakże trudnym dla niej czasie wykrystalizowała się podstawa jej duchowości, jaką było doświadczalne przeżywanie obecności Trójcy Świętej w duszy oraz miłość do Jezusa Eucharystycznego i Ukrzyżowanego. Wierność powołaniu i walka z własną wrażliwością oczyściły ją dostatecznie na pierwsze łaski mistyczne. Uświadomiła je sobie w czasie rekolekcji w styczniu 1899 r. Nie rozumiała ich, dlatego radziła się spowiednika; ten pomógł jej ukierunkować wolę na całkowity dar Bogu z siebie.
Dopiero po kilku latach matka zgodziła się, by jej córka wstąpiła do Karmelu, lecz dopiero po ukończeniu 21 lat. Gdy osiągnęła wymagany przez matkę wiek, w 1901 r. wstąpiła do pobliskiego klasztoru karmelitanek w Dijon. W 8 dni po jej wstąpieniu do Karmelu przełożona zapytała ją: "Jaki jest twój ideał świętości?" Odpowiedź padła bez wahania: "Żyć miłością". "A jaki jest sposób, by najszybciej to osiągnąć?" "Uczynić się całkiem małą, oddać się Bogu bezpowrotnie". Po czterech miesiącach postulatu otrzymała karmelitański habit oraz imię Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej. Uroczystość obłóczyn odbyła się w jej ukochane święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Siostra Elżbieta rozpoczęła nowicjat, który w porównaniu z pogodnym czasem postulatu, stał się dla niej ciemną nocą oczyszczającej udręki duchowej. Jej nadmierną uczuciowością zaczęły wstrząsać niepokoje zewnętrzne i burze wewnętrzne. Ukochana i upragniona przez nią "pustynia" Karmelu okazała się miejscem ustawicznych zmagań; jej samej i przełożonym wydawało się, że fizycznie i psychicznie nie podoła wymogom zakonu.
Jednak w tym samym czasie pisała do cioci: "Znalazłam moje Niebo na ziemi w mojej drogiej samotności w Karmelu, gdzie jestem sama z Bogiem samym. Wszystko robię z Nim, wszystko więc czynię z Bożą radością. Czy zamiatam, czy pracuję, czy się modlę, wszystko jest dobre i radosne, bo wszędzie widzę mego Mistrza!..."
W Uroczystość Objawienia Pańskiego w 1903 r. Elżbieta otrzymała zgodę na złożenie ślubów. Czyni to z czystą wiarą, przeżyła bowiem właśnie dni zamętu i duchowej pustyni. Wkrótce jednak pogoda powróci do jej duszy. W noc, która poprzedzała ten wielki dzień - napisała 6 miesięcy później - podczas gdy byłam na chórze, oczekując na Oblubieńca, pojęłam, że moje Niebo rozpoczęło się na ziemi, Niebo w wierze, w cierpieniu i całopaleniu dla tego, którego kocham.


Dla Elżbiety tajemnicą, która wycisnęła na niej szczególne piękno, było mistyczne przeżycie obecności w ludzkiej duszy Trzech Osób Boskich. Już wstępując do Karmelu nie miała wątpliwości: w Karmelu musi żyć tajemnicą obecności Trójcy Świętej, gdyż to przecież znaczyło jej imię (Elżbieta - dom Boga). W kwestionariuszu który wypełniała każda postulantka wstępując do Karmelu, na pytanie: Jakie jest twoje hasło? Elżbieta odpowie: Bóg we mnie a ja w Nim. Jeszcze w świecie, mając 19 lat mówiła do swojej przyjaciółki: Wydaje mi się, że On tu jest. Dla niej Trójca Święta obecna jest wszędzie. Każde wydarzenie, święta liturgiczne, rozmowy z kapłanami, listy do rodziny i przyjaciół pełne są Trójcy. Elżbieta jest zatopiona w Tym, który jest Bogiem Trójjedynej miłości.
Pewnego dnia, Elżbieta została niemal porażona zdaniem, które przeczytała. Był to fragment z Listu św. Pawła do Efezjan: Bóg stworzył nas do uwielbienia swej chwały. Uwielbienie Chwały - Laudem Gloriae od tego momentu staje się jej nowym imieniem. Ona sama jest nim zachwycona. Swoje listy, które pisuje często, podpisuje już nie jako s. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, lecz Laudem Gloriae. Nowe imię wydaje się streszczać cały program jej duchowego życia. Elżbieta zapomina zupełnie o sobie. W jej życiu nie ma już miejsca na sprawy ziemskie. Żyje jakby po drugiej stronie, w pełni już tu na ziemi uczestnicząc w chwale uwielbienia Boga w niebie. W jej wspaniałej modlitwie znanej jako "O mój Boże, Trójco Święta, którą uwielbiam..." z 21 listopada 1904 roku, ofiarowała siebie Najświętszej Trójcy: "Uspokój moją duszę - prosi Boga - uczyń z niej Twoje Niebo, Twoją umiłowaną siedzibę i miejsce odpoczynku..."


Nadchodzi rok 1906, którego końca nie ujrzy już Elżbieta na ziemi. Jej zdrowie niszczeje coraz szybciej. Dolegliwość została już określona: choroba Addisona (niedoczynność nadnerczy). Przypadłość ta mało jest jeszcze znana i niewłaściwie leczona. Choroba wywołuje u niej krańcową słabość, mdłości, różnego rodzaju zaburzenia żołądkowo-jelitowe, niskie ciśnienie, jakby jadłowstręt, a wszystkiemu towarzyszą wielkie cierpienia.

Do przyjaciółki swej matki pisze jak jej ukochany Apostoł: "W moim ciele dopełniam cierpieniem braki udręk Chrystusa" (por. Kol 1,24). Jest odważna i usiłuje zminimalizować przed otoczeniem powagę swego stanu. W listach do matki ukrywa najboleśniejsze szczegóły, kładzie nacisk na zabiegi "mądre i skwapliwe", jakie otrzymuje. Bez przerwy myśli o innych i nie porzuca apostołowania listami, przynajmniej na tyle, na ile pozwalają jej siły. Czasem jednak ataki choroby są tak silne, że otoczenie sądzi, iż nadeszła jej ostatnia godzina. Pod koniec choroby nie może ani jeść, ani pić. 30 października kładzie się do łóżka, z którego już więcej nie wstanie. Nazajutrz przyjmuje raz jeszcze ostatnie namaszczenie, a w dniu Wszystkich Świętych po raz ostatni - Jezusa Eucharystycznego.


8 listopada wypowiada ostatnie słowa, jakie zdołano zrozumieć: "Idę do Światła, do Miłości, do Życia". Nazajutrz, o szóstej rano, zjednoczona z aniołami śpiewała oficjum Prymy już w Niebie. Zmarła w wieku 26 lat. Beatyfikował ją Jan Paweł II w 1984 r.
Elżbieta miała świadomość swojego posłannictwa dla całego Kościoła. Sama zresztą o tym powie: Przekazuję wam moje powołanie w łonie Kościoła: uwielbienie chwały Trójcy Przenajświętszej. Droga do owego uwielbienia Trójcy nie jest jednak łatwa. To droga krzyża, zaparcia się siebie, poddania wyłącznie twórczemu działaniu Ducha Świętego w duszy. Elżbieta doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tej niełatwej drodze była wierna w całym swoim życiu. Żyła zapatrzona w to co niewidzialne i wieczne, będąc niejako osobą "z tamtej strony".


powrót

Ta strona korzysta z plików cookies.

Akceptuję Jeśli nie akceptujesz...